Kim Tien
WsteczNa mapie warszawskiej dzielnicy Bielany przez lata funkcjonował lokal, który budził wśród mieszkańców skrajne emocje. Mowa o Kim Tien, mieszczącym się przy ulicy Stefana Żeromskiego 67. Dziś, po jego trwałym zamknięciu, warto spojrzeć wstecz na to, czym ten niewielki bar azjatycki przyciągał jednych, a co zniechęcało innych. Nie było to miejsce dla koneserów poszukujących najlepszego sushi w stolicy, ale dla specyficznej grupy klientów stanowiło ważny punkt na gastronomicznej mapie okolicy.
Ekonomia ponad wszystko: Siła niskich cen i dużych porcji
Najczęściej powtarzanym i właściwie jednogłośnie chwalonym aspektem Kim Tien była jego polityka cenowa. W czasach, gdy ceny w restauracjach rosły, bar na Żeromskiego pozostawał oazą dla oszczędnych. Z relacji byłych klientów wynika, że pełnoprawny, sycący posiłek można było zjeść za kwotę rzędu 12-16 złotych, a najdroższe pozycje z krewetkami nie przekraczały 20 złotych. To właśnie ten niezwykle korzystny stosunek ceny do jakości, a raczej do ilości, stanowił magnes przyciągający stałą, choć niezbyt liczną, klientelę. Porcje były opisywane jako duże, co gwarantowało zaspokojenie głodu bez nadwyrężania portfela. W mieście, gdzie wiele osób poszukuje wyrafinowanych zestawów sushi, Kim Tien oferował prostą, ale konkretną alternatywę: dużo jedzenia za niewielkie pieniądze.
Kulinarna ruletka: Od smacznego dania po słone rozczarowanie
Opinie na temat samego jedzenia w Kim Tien były tak zróżnicowane, jak to tylko możliwe. Dla części gości potrawy były "pyszne, dobrze przyrządzone i doprawione". Chwalili oni smak, który w ich ocenie był adekwatny, a nawet przewyższał oczekiwania stawiane tak tanim lokalom. Inni jednak mieli zgoła odmienne doświadczenia, opisując jedzenie jako "bardzo przeciętne", a nawet "słabe".
Wśród konkretnych zarzutów pojawiały się:
- Zupa pho: Opisywana jako wodnisty, mało wyrazisty rosół, pozbawiony głębi charakterystycznej dla tego wietnamskiego specjału.
- Curry: Zdaniem jednego z klientów, smakowało bardziej jak "byle jaki sos z warzywami" niż aromatyczne, pełne przypraw danie.
- Dania z makaronem: Makaron z wołowiną został zapamiętany jako "słony jak nie wiadomo co", co uniemożliwiało czerpanie przyjemności z jedzenia.
- Jakość składników: Pojawiały się głosy o używaniu produktów mrożonych, jak frytki, czy gotowych półproduktów, jak panierka do kotletów. Jeden z gości wyraził również wątpliwość co do świeżości tofu w daniu wegetariańskim.
Ta rozbieżność w ocenach sugeruje, że jakość serwowanych dań mogła być niestabilna, zależna od dnia czy partii składników. Kim Tien z pewnością nie był miejscem, gdzie można było liczyć na powtarzalność znaną z sieciówek czy renomowanych restauracji serwujących sushi w Warszawie. Wizyta tam była swego rodzaju kulinarnym ryzykiem, które jedni byli gotowi podjąć dla niskiej ceny, a inni omijali szerokim łukiem.
Wystrój i obsługa: Surowość w stylu "slow food"
Jeśli istniał jeden element, co do którego większość klientów była zgodna, to był to wystrój i ogólna atmosfera lokalu. Określenia takie jak "zimny i surowy", "podrzędny", "niewyobrażalnie brzydki" czy wręcz "obskurny" przewijają się w wielu wspomnieniach. Gołe stoły i krzesła, kiczowaty obrazek na ścianie i, jak twierdził jeden z recenzentów, brud i kurz na elementach wyposażenia, tworzyły obraz miejsca, w którym estetyka została całkowicie pominięta. Nie było to z pewnością miejsce na randkę ani spotkanie biznesowe. Kontrastowało to mocno z dopracowanymi wnętrzami wielu lokali, gdzie serwuje się dobre sushi i dba o każdy detal.
Równie charakterystyczna była obsługa, a w zasadzie jej jednoosobowy charakter. Za ladą i w kuchni stał ten sam, opisywany jako "niespieszny Azjata o kamiennej twarzy". Model działania był prosty: gdy przyjmował zamówienie, nie gotował, i na odwrót. To prowadziło do długiego czasu oczekiwania, co jeden z klientów trafnie podsumował jako mekkę dla fanów "slow food, slow life". Nie było tu mowy o nieuprzejmości, a raczej o całkowitej obojętności na marketingowe aspekty i budowanie relacji z klientem. Taki styl bycia jednym nie przeszkadzał, dla innych był jednak barierą nie do przejścia. To doświadczenie było dalekie od dynamicznej obsługi, gdzie zwinne ręce itamae przygotowują na oczach gości misterne rolki sushi.
Dla kogo było Kim Tien?
Analizując dostępne informacje, można jasno określić profil klienta Kim Tien. Była to osoba, dla której priorytetem była niska cena i duża porcja. Studenci, mieszkańcy okolicy z ograniczonym budżetem, pracownicy fizyczni szukający szybkiego (choć nie zawsze) i taniego lunchu – to oni stanowili trzon klienteli. Lokal ten wypełniał specyficzną niszę na rynku, będąc klasycznym "chińczykiem" (choć serwującym raczej kuchnię wietnamską), czyli barem z prostą kuchnią azjatycką, bez aspiracji do bycia czymś więcej. Każdy, kto szukał estetycznych wrażeń, nienagannej obsługi czy autentycznych, wysublimowanych smaków, musiał szukać gdzie indziej.
Zamknięcie i wspomnienie
Ostatecznie Kim Tien zniknęło z mapy Bielan. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co było przyczyną – czy rosnąca konkurencja, czy może formuła lokalu, która przestała odpowiadać na zmieniające się oczekiwania klientów. Mimo wszystkich swoich wad, bar przy Żeromskiego 67 zapisał się w pamięci mieszkańców jako miejsce pełne sprzeczności. Był tani i sycący, ale jednocześnie surowy i nieprzewidywalny. Jego zamknięcie to koniec pewnej epoki dla tych, którzy cenili sobie prostotę i niskie ceny ponad wszystko inne, pozostawiając po sobie wspomnienie miejsca, które, choć dalekie od doskonałości, przez lata było dla wielu ważnym punktem żywieniowym.